2009-12-19

PIF Kigowy / Kiga's PIF

Dziś udało mi się wyrwać całą sobotę tylko dla siebie i dzięki temu po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spędziłam cały dzień w moim domku i miałam okazję przypomnieć sobie jak to miło jest być w domu kiedy jest JASNO i przy okazji trzasnąć kilka zaległych zdjęć.
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze było ciepło i przyjemnie, świat był bardziej przyjazny i dni dłuższe, przybyło do mnie zawiniątko, a w tym zawiniątku PIF od Kigi. Paczunia zwierała kartkę, liści i portfelik z niespodzianką. Niespodziankę stanowiła róża. Różę tę absolutnie uwielbiam, została oficjalnie moją ulubioną broszką i bardzo często mi towarzyszy:) Dziękuję Ki raz jeszcze :*
***
Today is a big day as I finally have the whole staurday for myself. For the first time since I don't even know how long I could spend the whole day at home and realized how lovely it is to be at home when it's bright outside. And I could also make a couple of photos.
Once upon the time, long time ago, when it was warm and pleasnt outside, when the world seemed a lot more friendly and the days were longer I received a little packagage. And in this package, there was a PIF from Kiga. The package contained a lovely card, a letter and a wallet with a surprise. And this surprise was a rose. I absolutely adore this rose. It oficially became my favorite brooche and I wear it very often :) Thank you Ki :*

2009-12-18

Ti :)

Haha, cała ja. "Relacja z łykendu" prawie miesiąc po owym weekendzie ;) No cóż, co mogę powiedzieć? Że nie wyrabiam? Że dobija mnie to, że wstaję i jest ciemno, wychodzę i jest szaro, wracam i jest noc? Że jestem zmęczona, wiecznie niewyspana i najchętniej nie wystawiałabym nosa spod koca? No przecież tak nie napiszę, bo to dołujące :D Zaległości blogowe zwalmy więc na Farmville. ;) Zamiast pisać, sadzę i zbieram marchewki, doję krowy i takie tam. Bo proszę państwa, Aglaya ma farmę :D Wirtualne rolnictwo jest niesamowicie absorbujące ;)

Wracając do relacji... No co? Była Rooda, było fajnie :D Czyli standard: gadanie, oglądanie, zalewanie się łzami, rozczulanie, jedzenie, tany tany i leczenie kaca. Minęło jak zwykle za szybko.


Po owym weekendzie Rooda & Aglaya gorąco Państwu polecają:

1. "Zaklęci w czasie" - wzdeeeeeeeeech. I ten wzdech to cały mój komentarz będzie :D


2. Lifehouse - nananana....



3. Czarka - najbardziej klimatyczna herbaciarnia, do której mnie, rodowitą Krakowiankę, zaprowadziła mieszkająca w Warszawie rodowita Wrocławianka :D Nieźle nie? :D


4. Pierogi z pieczarkami z sosem rozmarynowym. Zdjęcia nie będzie bo pierogi są niefotogeniczne i wyszły nieapetycznie :)

5. Mydełka od Roodej :)

I pozdrawiamy :)


Na koniec refleksja:
Zdecydowanie muszę się spiąć i powrzucać na bloga wszystko, co mi się nazbierało (a nazbierało się, nazbierało...) przed końcem roku, bo zapowiada się, że w styczniu mogę mieć poważny problem z trafieniem sobie palcem do nosa, o blogowaniu nawet nie wspominając... Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i udaję pod mój kocyk :) :*

EDIT (po przyjrzeniu się mozaice i stwierdzeniu braków na magazynie): Roodzik! zaiwaniłaś mi kolczyki! :) Oddawaj:) Moje! :*