2010-01-17

Oswajanie rzeczywistości - post długi i osobisty

W zasadzie tytuł posta mówi wszystko o tym, co się u mnie dzieje. Za mną długa droga i duże zmiany. Zaliczyłam kiedyś tam, już dawno bardzo piękną katastrofę, a takie katastrofy po pierwsze skłaniają do refleksji, a po drugie uczą asertywności i co najważniejsze pokazują nam, jak jesteśmy silni. Patrząc z dystansu mogę powiedzieć, że przeskoczyłam coś, o czym myślałam, że nigdy się nie skończy. Zaczynałam od zera, będąc na dnie, podjęłam kilka bardzo trudnych decyzji i w rezultacie wywróciłam całe swoje dotychczasowe życie do góry nogami. Odwróciłam się też od wielu ludzi. Od tych, którzy ciągnęli mnie w dół, ale też po części od przyjaciół, a to dlatego że ze swoim życiem musiałam sobie poradzić sama. Ale prawdziwi przyjaciele rozumieją zawsze i zawsze są. Choćby nie wiem jak daleko się odeszło, oni zawsze wracają i jest tak, jakby nigdy nic złego się nie wydarzyło. Teraz wiem, kto zawsze zadzwoni, kiedy płaczę, kto przekona, że dam radę, kiedy myślę, że brakuje sił, kto potrafi oswoić moje schizy, kto potrafi nie pytać, a po prostu być i kto poprze moje decyzje, choćby nie wiem jak trudne one były.
Wiem, że po pierwsze mam tatę, którego odzyskałam, dzięki temu, że wyprowadziłam się z domu. Teraz odwiedza mnie co tydzień, wpada na kawę i ciasto, zabiera do knajpy, żeby nakarmić córeczkę albo po prostu idziemy razem do kina. I jest fajnie. Bo mam znowu tatę. Może to brzmi śmiesznie w ustach 26latki, ale mam TATĘ i strasznie mnie to cieszy. Wiem, że troszkę złamałam mu serce, kiedy się wynosiłam, ale wiem też, że on rozumie, że nie mogłam dłużej zostać.
Wiem, że mam ciocię i dwie babcie, które stoją za mną i nie pozwolą zrobić krzywdy. Może mają trudne charaktery, ale to już rodzinne obciążenie ;) Najważniejsze, że mają dobre serca i mogę na nie zawsze liczyć.
Wiem, że mam dwie Ole :) Każda inna, ale obie są, kiedy trzeba i obie mają dar przemawiania mi do rozsądku. Potrafią ukoić rozklejonego Aglaysona i doprowadzić do pionu. No i poza tym to super laski :)
I jest też Pszczółka. Taki jasny promyk, który po prostu jest:)
Wiem też, że jest wiele osób, które z jakiś względów lubią mnie i cenią i kibicują mi, mniej lub bardziej z daleka.
I wiem też, że są osoby, które zraniłam odchodząc. Moja matka, która chyba nigdy mnie nie zrozumie, ale też nigdy nie rozumiała, a mnie zwyczajnie zabrakło sił, żeby płacić za to, że nie radzi sobie sama ze sobą i udowadniać ciągle, że jestem coś warta. I w końcu jest ktoś, kogo zraniłam niechcący na tyle mocno, że już może nie wróci, mimo, że chciałabym żeby potrafił zrozumieć.
Ale przede wszystkim wiem, że jestem silna. Silniejsza niż myślałam. Nauczyłam się mówić NIE i od mojego "nie" cała droga się zaczęła. Jestem teraz dużo mądrzejsza i pogodzona z sobą. Znam dobrze bilans wydarzeń ostatnich dwóch lat mojego życia, a w szczególności swoich decyzji. Wiem, że sporo straciłam, ale to były koszty wkalkulowane w cenę tego, czego bardzo potrzebowałam i do czego tak długo dążyłam: spokoju, odzyskanej równowagi, stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa. Nie twierdzę, że niczego już się nie boję i nic mnie nie martwi, nie twierdzę też, że mam wszystko, czego bym chciała od życia i że nie zdarza mi się troszkę rozkleić. Ale wiem, że przeszłam przez coś, czego bardzo się bałam i co wcale łatwe nie było. I daję radę. Zakończył się etap "odgruzowywania". Teraz mam podstawę by budować życie od początku, mądrze, odważnie i po swojemu. I uczę się znów ufać ludziom. Ot po prostu zaczynam w końcu ogarniać swoje życie :) Powolutku :)
A na koniec, jako dziecko komercji, zamieszczę piosenkę zasłyszaną w radiu. Niech będzie podsumowaniem mojego przydługiego wywodu. Duża buzia dla wszystkich, którzy dobrnęli do jego końca :*

2009-12-19

PIF Kigowy / Kiga's PIF

Dziś udało mi się wyrwać całą sobotę tylko dla siebie i dzięki temu po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spędziłam cały dzień w moim domku i miałam okazję przypomnieć sobie jak to miło jest być w domu kiedy jest JASNO i przy okazji trzasnąć kilka zaległych zdjęć.
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze było ciepło i przyjemnie, świat był bardziej przyjazny i dni dłuższe, przybyło do mnie zawiniątko, a w tym zawiniątku PIF od Kigi. Paczunia zwierała kartkę, liści i portfelik z niespodzianką. Niespodziankę stanowiła róża. Różę tę absolutnie uwielbiam, została oficjalnie moją ulubioną broszką i bardzo często mi towarzyszy:) Dziękuję Ki raz jeszcze :*
***
Today is a big day as I finally have the whole staurday for myself. For the first time since I don't even know how long I could spend the whole day at home and realized how lovely it is to be at home when it's bright outside. And I could also make a couple of photos.
Once upon the time, long time ago, when it was warm and pleasnt outside, when the world seemed a lot more friendly and the days were longer I received a little packagage. And in this package, there was a PIF from Kiga. The package contained a lovely card, a letter and a wallet with a surprise. And this surprise was a rose. I absolutely adore this rose. It oficially became my favorite brooche and I wear it very often :) Thank you Ki :*

2009-12-18

Ti :)

Haha, cała ja. "Relacja z łykendu" prawie miesiąc po owym weekendzie ;) No cóż, co mogę powiedzieć? Że nie wyrabiam? Że dobija mnie to, że wstaję i jest ciemno, wychodzę i jest szaro, wracam i jest noc? Że jestem zmęczona, wiecznie niewyspana i najchętniej nie wystawiałabym nosa spod koca? No przecież tak nie napiszę, bo to dołujące :D Zaległości blogowe zwalmy więc na Farmville. ;) Zamiast pisać, sadzę i zbieram marchewki, doję krowy i takie tam. Bo proszę państwa, Aglaya ma farmę :D Wirtualne rolnictwo jest niesamowicie absorbujące ;)

Wracając do relacji... No co? Była Rooda, było fajnie :D Czyli standard: gadanie, oglądanie, zalewanie się łzami, rozczulanie, jedzenie, tany tany i leczenie kaca. Minęło jak zwykle za szybko.


Po owym weekendzie Rooda & Aglaya gorąco Państwu polecają:

1. "Zaklęci w czasie" - wzdeeeeeeeeech. I ten wzdech to cały mój komentarz będzie :D


2. Lifehouse - nananana....



3. Czarka - najbardziej klimatyczna herbaciarnia, do której mnie, rodowitą Krakowiankę, zaprowadziła mieszkająca w Warszawie rodowita Wrocławianka :D Nieźle nie? :D


4. Pierogi z pieczarkami z sosem rozmarynowym. Zdjęcia nie będzie bo pierogi są niefotogeniczne i wyszły nieapetycznie :)

5. Mydełka od Roodej :)

I pozdrawiamy :)


Na koniec refleksja:
Zdecydowanie muszę się spiąć i powrzucać na bloga wszystko, co mi się nazbierało (a nazbierało się, nazbierało...) przed końcem roku, bo zapowiada się, że w styczniu mogę mieć poważny problem z trafieniem sobie palcem do nosa, o blogowaniu nawet nie wspominając... Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i udaję pod mój kocyk :) :*

EDIT (po przyjrzeniu się mozaice i stwierdzeniu braków na magazynie): Roodzik! zaiwaniłaś mi kolczyki! :) Oddawaj:) Moje! :*